Szukaj artykułów autora:

Album żołnierza Wehrmachtu

Adam Bartosz

W Dziale Historycznym tarnowskiego Muzeum znajdują się dwa ładnie oprawione albumy fotograficzne z ponad 300 czarno-białymi odbitkami, naklejonymi starannie, ponumerowanymi, opatrzonymi podpisami wykonanymi białym tuszem. Do Tarnowa przywiózł je wrześniowego dnia roku 1985 Gerhard Schweier, mieszkaniec Heidenheim (wówczas jeszcze RFN) aby ofiarować je do zbiorów miejscowego muzeum.

Zanim otworzył przede mną stronice pierwszego albumu, streścił cel swego przyjazdu:
"We wrześniu 1939 r. zmobilizowana została rezerwowa 54 kompania strzelców krajowych z okolic Stuttgartu. Składała się ona z weteranów pierwszej wojny, ludzi w wieku powyżej 45 lat. Friedrich Schweier - rocznik 1895 - był w tej kampanii pisarzem i jednym z młodszych żołnierzy.
Przez Kraków, Tarnów, kampania dotarła do Ciężkowic. Mając w tym miasteczku miejsce postoju, patrolowała linię kolejową Ciężkowice-Stróże. Z ludnością miejscową stosunki układały się dobrze.
Była to przecież zwykła jednostka Wehrmachtu. Starsi ludzie pobyt w Polsce wspominali po powrocie bardzo miło. Byli w Polsce okupowanej do maja, później zostali zdemobilizowani ze względu na wiek i powrócili do domu".

Po śmierci ojca w 1967 r. Gerhard Schweier zachował oba albumy wojenne jako pamiątki rodzinne, aż wreszcie kiedyś począł przy pomocy emigrantów z Polski dowiadywać się o te niemożliwe do wymówienia Ciężkowice. Postanowił to wszystko, co przywiózł ojciec z Polski, przekazać do najbliższego Ciężkowicom muzeum.
Zdjęcia z albumu są wykonane dobrym aparatem odbitki wyraźne, dobre i choć amatorsko kadrowane, to nie brak wśród nich ciekawych zdjęć, niemal artystycznych, zwłaszcza ujęć zimowych.

Na wielu zdjęciach pozuje sam właściciel aparatu, nie jest on więc jedynym autorem wojennego reportażu. Dla Gerharda Schweiera pobyt w Tarnowie, a potem w Ciężkowicach, dokąd razem pojechaliśmy na cały dzień, był wzruszającą wędrówką tymi drogami, które przemierzał jego ojciec 45 lat wcześniej.

- Dla mnie - mówi Gerhard Schweier - przeglądanie zdjęć stało się próbą odtworzenia atmosfery tych pierwszych miesięcy wojny. Wojny, którą dzieckiem wtedy będąc, poznałem jednak z doświadczenia w kilka lat później. Wojny, jakże mocno wrosłej w świadomość syconą setkami najstraszniejszych wątków czerpanych z dziecięcej pamięci i z życiorysów najbliższych mi osób.


To mój obraz tego czasu. Obraz przechowany w zranionych umysłach tych co przeżyli, przekazywany młodym, wpisany w pejzaż dzieciństwa, nakreślony postaciami kalekich weteranów, sierot, świeżych grobów, ludzi przesiedlonych, napiętnowanych lękiem i nienawiścią, drżących na wspomnienie lat jeszcze nie odległych, chociaż już pozostających poza moją świadomością.


- Jest to dokument szczególnie ciekawy - pamięć obrazów wykonanych "po tamtej stronie".
Z tych czasów nie mamy zdjęć zbyt wiele.
Fotografowanie w czasie okupacji było nie mniej niebezpiecznie jak noszenie broni. Po "tamtej stronie" można zaś było spokojnie pstrykać fotki. Te albumy są zapisem historii dziejącej się na peryferiach, z udziałem ludzi przypadkowych, chciałoby się rzec - bezwolnych.

Pamiętać jednak należy - kierowanych świadomie, będących drobnymi trybami ogromnej maszynerii wojennej, działającej konsekwentnie w kierunku obezwładnienia i zniszczenia tych, których uznano za wrogów. W pamięci autora albumów pobyt na ziemi polskiej utrwalił się jako miła przygoda wojenna.

Sądzę, że dla większości tych, którzy przeżyli okupację, trudno jest oddzielać w pamięci poszczególne jej etapy - wszak pamięta się lepiej fakty najgorsze, najbardziej zapadają w świadomość historie okrutne, jakie się tu działy. Ale też prawdą jest, że te pierwsze miesiące okupacji, w porównaniu z tym co nastąpiło później, nie budziły jeszcze tak wielkiej grozy.

Ruch oporu, tak aktywny na Pogórzu w latach późniejszych, jeszcze nie przejawiał swej aktywności, pacyfikacji wsi jeszcze sobie nie wyobrażano. Oświęcim zaczął pochłaniać ofiary "dopiero" od czerwca następnego roku, zapasy żywności jeszcze były.

O tych pierwszych miesiącach niemieckiej bytności na terenie Generalnej Guberni, bytności widzianej obiektywem okupanta opowiadają obrazy utrwalone przez pisarza kompanijnego. Przyjrzyjmy się krótkiej epopei żołnierza 54 kompanii strzelców krajowych przedstawionej w 323 amatorskich fotografiach.

Podpisy pod pierwszymi zdjęciami: "W pole 16 września 1939" "54 kompania strzelców w Markdorf". To polskie Marki, miejscowość wówczas graniczna.
Widać budynek celny w Markach po stronie niemieckiej (a więc w Markdorf) ze spuszczonym szlabanem, (chyba dla zabawy, bo przecież granica już nie istnieje, a wojska niemieckie dobijają właśnie Warszawę) "Pierwsze zetknięcie z Polską" - już po drugiej stronie szlabanu.

Na następnych zdjęciach kompania ładuje się do wagonów towarowych. I - pierwszy postój w Krakowie: zbiórki koło wagonów, pełne umundurowanie, uzbrojenie w długie karabiny, ładownice, hełmy. Uzbrojeni starsi, ale groźni panowie.
Zwiedzaniu Krakowa towarzyszą pierwsze wojenne sceny: warta na moście wiślanym, kuchnia polowa na ulicy miasta, zwalona wieża nadawcza radia Kraków, grupa jeńców polskich w otoczeniu ulicznych cywilów, straż niemiecka na Wawelu, rozbite samoloty polskie w Czyżynach na lotnisku.

I ciekawostka - posiłek "w liceum - Kraków". Na ścianie sali jadalnej wisi jeszcze orzeł polski i portrety marszałków - Piłsudskiego, Rydza oraz prezydenta Mościckiego. Wojna jeszcze gdzieś trwa. Tutaj pozostały jeszcze resztki symboli, których okupanci nie zdążyli zrzucić.

Pobyt w Krakowie trwał kilka dni - potem następuje seria zdjęć z wymarszu "von Krakau". I znowu, krótki postój w Tarnowie. Tarnowski dworzec sfotografowany z rozwalonym sierpniową bombą dachem nad wschodnim skrzydłem budynku.
Stąd kompania jedzie na południe trasą krynicką. Na dworcu w Siedliskach postój na posiłek z menażki - i w końcu dojazd do stacji Ciężkowice - Bogoniowice.
Jest 3 dzień października. W tym podkarpackim miasteczku niemieccy żołnierze z 54 kompanii spędzą kilka miesięcy. W małym miasteczku, w którym zapanował niemiecki Ordnung, nowa władza wojskowa na posterunek komendantury przeznaczyła największy budynek w rynku.

Dziś jest tu nadal poczta. Pośród wielu zdjęć kilka wykonano na tle tego właśnie budynku. Nieznaczne zmiany ich treści są dokumentem nie tylko upływającego czasu, ale też zasadniczych zmian jakie wprowadzali okupanci.
Na zdjęciu nr 116 dowódca kompanii Behringer w otoczeniu swych żołnierzy stoi na stopniach "Orts-Komendatury" jak głosi tabliczka, pod którą wisi polska skrzynka pocztowa. Po drugiej stronie drzwi widać drewnianą budkę wartowniczą. Na kolejnych obrazach szczegóły się zmieniają.

Na fotografii 239 autor albumu stoi przy ustawionym przed komendanturą dziale przeciwpancernym, w ścianie budynku widoczna zaś jest wyrwa po wydartej polskiej skrzynce pocztowej, przybył natomiast napis "Postamt" oraz wisząca przy ścianie wielka szyna alarmowa i ogromna flaga ze swastyką.
A tymczasem kompania fotografuje się na tle charakterystycznych, podcieniowych budynków przy rynku. Te zdjęcia są dziś dodatkowo cenne, ze względu na utrwalenie widoku architektury miasteczka, z typowymi podcieniowymi domami, z rynkiem "szutrowanym" żwirem z Białej, małymi jeszcze wtedy drzewkami.
Inne zdjęcia mają charakter dokumentów etnograficznych. Przedstawiają wiejskie domy z okolic Ciężkowic, Gorlic i miejscowości położonych dalej na wschód, postacie chłopów, jarmarki, wiatraki, grupki Łemków spod Krynicy, zdjęcia cerkwi i wnętrza łemkowskich chat.

Widać, że autor ciekaw był nowo poznawanych terenów, świadomie dokumentował zarówno ludzi, jak krajobraz, jak też zabytki.
I oczywiście uwieczniał codzienne życie kompanii - marsze w śniegu, oporządzanie koni, czyszczenie broni, służba na warcie, w kuchni, wewnątrz posterunku, wigilia w biurze komendantury, wizytacja oficerów, wycieczki w okolice Gorlic, pałac w Siarach, cmentarze austriackie z I wojny...

54 Kompania z końcem marca 1940 r. pożegnała się z Ciężkowicami. Wagonami z tablicami "Nur für Deutschen" wysłużeni żołnierze rezerwy jadą w kierunku Tarnowa - na następną placówkę.

Jeszcze dwa miesiące trwała służba wojskowa autora zdjęć, już nie tak bogata w dokumentację. Czyżby do autora dotarła świadomość zbrodniczej roli armii, w której służył i stracił ochotę na fotografowanie swych kolegów "w akcji", nawet jeśli to były tylko zbiórki i marsze?

A może to tylko moja wrażliwość, może oni nic złego nie czynili, nie wiedzieli? Coś spowodowało, że na kolejnej placówce brakło zachęty do fotografowania. Resztę służby kompania spędziła w Sanoku na ówczesnej granicy radziecko-niemieckiej, która biegła linią Sanu.

W maju rezerwową kompanię zdemobilizowano. Po wojennej przygodzie zostały zdjęcia, które po 45 latach wróciły tu, gdzie zostały wykonane.
Dziś, po 60 latach od "wizyty" rezerwistów" z 54 kompanii w okolicy Tarnowa, publikujemy je po raz pierwszy.

Adam Bartosz
Wszelkie prawa zastrzeżone dla Muzeum Okręgowego w Tarnowie

Strona zbiera informacje o ciasteczkach (cookies) na potrzeby analizy odwiedzalności serwisu. Korzystając z serwisu zgadzasz się na to. Obsługę ciasteczek możesz wyłączyć w opcjach swojej przeglądarki.