Szukaj artykułów autora:

Ballada o herbie Tarnowa

Stanisław Wróbel

Hej! Zbierz się gawiedzi ty miejska, tarnowska
Skończ swary, wsłuchaj się cierpliwie.
A ja ci zaśpiewam gawiedzi beztroska
Balladę o naszej Leliwie.

Dawnymi to laty, pan Spytko bogaty,
Co herb miał na tarczy Leliwa,
Zbudował tu miasto, z księżycem i gwiazdą,
A gwiazda to była szczęśliwa:
Pan burmistrz miał pannę, zlotowłosą Annę,

Piekarczyk dał serce jej w dani.
Lecz burmistrz bogaty, precz pędził od chaty,
Bo miał piekarczyka on za nic.
I rzekł mu raz w złości,

A niech cię wciurności,
Oddam ci ja moją dziewicę,
Gdy uczeń piekarzy, przyniesie mi w darze,
Gwiazdeczkę razem z księżycem.

Szedł biedny piekarczyk, bez herbu i tarczy,
I ludzi z daleka omijał.
Wtem spojrzy ku wieży i oczom nie wierzy,
Leliwa się w słońcu odbija.

Blankami ratusza, na wieżę wyrusza,
Leliwę do serca przytulił.
Burmistrzu mój panie, co chciałeś dostaniesz
Nie będziesz już bronił Anuli.

Hej ! koniec ballady gawiedzi ty płocha,
gawiedzi wesoła, swarliwa.
I wiedz, że w Tarnowie każdemu kto kocha
Wnet szczęście przyniesie Leliwa.

 

Oskar Kolberg
O zapadniętym zamku pod Tarnowem

Poza miastem Tarnowem są szczątki z baszt niegdyś Tarnowskich,
który, jak wieść niesie, miał się zapaść w czasie biesiady
i tańców. Naprzeciw wznosi się góra św. Marcina, z kościółkiem
starym, modrzewiowym i z resztą niedokończonej mogiły, jaką tu
sypać zaczęto, ku uwiecznieniu pamięci nieszczęśliwych, którzy w
okropnej chwili męczeńsko zakończyli życie. Cel nie został dopięty,
bo się nie brano żwawo do pracy, a później i dokończyć nie było można.

Góra Św. Marcina. Kędy się rozwiał Dunajec, kłaniając w poły
zadumanym skałom - staruchom, tam i gościną poswawolił i bieżał w
wesołe tany, nucąc pieśń:

Górale, górale,
brudne nogi macie;
cemu na Marcinka
ze mną nie bieżacie ?

Zabrał wam Dunajec
sianka odrobinę,
zabrał dwa rańtuchy
i ładną dziewczynę.

Sied[e]mdziesiąt kółek
na litym pasiku,
ćtery mętalicki
przy złotym guziku.
Hleliwakom śpiewa
i wystraja pląsy,
cuprynę podgolił
i poprawia wąsy.

Świeci mu gwiazdecka
i złoty księżycek,
sied[e]mdziesiąt kółek
i ćtery obrącek.

Kochajze, dziewcyno,
moje lite wody,
sprawią ci kąpiółkę,
nie ucynią skody !

I tak śpiewał Dunajec, rozlewając swe wody szeroko, a on lud z
odbrzeża rzeki uchodził przed zalewem i posadził się wkoło góry
Marcinowej, pobudował szałase, czekając, rychło woda opadnie.
W on czas to przybył niejaki rycerz Spicymir co wojował za morzem, a
był też z rodu Hleliwy, i przytulił zbieżały lud ku sobie, dają mu
chleba, soli i kawał roli, bo głodnego żołądka bajką nie zabawić,
racyją (rozumem) nie odbyć. Onego też czasu, gdy jeszcze Dunajec
igrał pluszcząc się po cudzych zagonach Hleliwak Spicymir zabiegał mu
nad brzeg, patrzał i dumał, aż usłyszy przed się krzyk niewieści i
obaczy świetlicę złocistą, co płynęła jako korab jaki, i pobieży
dalej Hleliwak, a tam obaczy złotowłosą dziewicę, jak ku niemu ręce
wyciąga, nucąc śpiewankę:

Podajcie ręce, boć na zgubnej toni
cały świat płynie, anioł śmierci dzwoni,
podajcie ręce, święci aniołowie,
Boże wszechmocn, wy, ziemi panowie,
podajcie ręce w złej toni sierocie,
Bóg zapłać - będzie pozdrowienie cnocie.

Jedna łódź była na brzegu; Hleliwak rzuca się na łódź i płynie za oną
świetlicą, płynie na rwących falach Dunajca i dobywa miecza, i wbija
go w ścianę świetlicy, i tak ciągnie do brzegu; idzie mu lud w pomoc,
biorą dom i złotowłosą dziewicę wiozą na Marcinówkę. Ta dziewa,
jakowaś cudna księżniczka, była potem żoną Hleliwaka, a matką tylu
rycerskich mężów. Taka jest powieść ludu.

 

Waleria Szalayówna
LEGENDA O SPYTKU

Puszcze tu były odwieczne, ciemne, niezmierzone, kędy się zaczynały i gdzie kres ich był , nie wiedział nikt, jak nikt nie dotarł nigdy do ich tajemniczej głębi, co ciemna, niezbadana, pierścieniem trzęsawisk okolona, stała groźna i milcząca. Dunajec jeno, śmiałek górski, w Karpatach wolnych zrodzony, w głąb oną wdzierał się bez trwogi - i on jednak po jakimś czasie tracił bieg swój wartki i rozlewał się szerokim, cichem zwierciadłem, pełnem kęp bagnistych olszyną porosłych, jakby i on nie śmiał już szumieć tu wesoło, kędy olbrzymy leśne ciche, zadumane, wznosiły ku niebu, królewskie swe korony.
Naraz cicha głąb zadrżała gwarem jakim odległym; gwar ów przybliżał się z każdą chwilą, słychać już było ujadanie psów, tętent koni, trzask łamanych gałęzi i rozognione głosy ludzkie. Snać łowy jakie odbywały się tu. Jakoż niebawem z gęstwiny wysunął się łoś olbrzymi i ogromnymi skokami zmierzał ku rzece, co leniwie toczyła swe jasne fale. Dopadłszy rzeki zwierz runął w wodę i płynąć począł, a w tejże chwili wypadły za nim zdyszane psy i rzuciwszy się w rzekę, ścigały dalej nieszczęsnego zbiega.
W ślad za psami ukazała się garść ludzi, pędząca na rozhukanych rumakach. Łoś ostatnim wysiłkiem dopłynął do drugiego brzegu, wyskoczył nań i pomknął dalej, a w tejże chwili najstarszy z jeźdźców konia zdarł. - Stać !! - krzyknął gromko.
Drużyna zatrzymała się.
- Tam dalej bagna i moczary - dodał, zwracając się do młodego strojnego rycerzyka, który właśnie nadbiegał na spienionym rumaku, - tu musimy stać !
- Tutaj ?! ... - wybuchnął młodzieńczyk, ściągając gniewnie brwi ciemne. - Czyś oszalał stary ?! Zwierz raniony i stajania nie ujdzie, a ty miast gonić, o spoczynku myślisz? Ha ! tożbym chyba sobą nie był, gdybym taką zdobycz wypuścił z rąk !
- Wasza miłość ! - zaczął stary. - Toż tam bagnnisko bezdenne - jednemu przemknąć się trudno, a cóż dopiero gonić zwierza w tylu ludzi i koni !
Za całą odpowiedź, rycerzyk konia spiął i w wodę runął.

- Ja też czeladzi nie potrzebuję ! - Krzyknął wypłynąwszy na wierzch
- Rozpiąć namioty i jadło przygotować ! Ja wraz powrócę !
- Niech i tak będzie - mruknął stary i bez namysłu wparł również swego konia w wodę.

- Czekać tam w gotowości ! - huknął ku czeladzi, co z rozwartemi gębami śledziła odjeżdżających, a na głos ten leniwie krzątać się poczęła.
Płynęli tak czas jakiś mącąc jasną, przejrzystą powierzchnię wody - konie parskały i sapały z wysiłku, wreszcie pierwszy, potem drugi, grunt pod nogami poczuł i w chwilę potem obaj myśliwi na brzeg wyskoczyli i znaleźli się w głębiach leśnych.
Działo się to w pierwszych latach wieku czternastego. Młodzieńczyk ów, był to Spicynio, czyli, jak wówczas nazywano zdrobniale: Spytek, syn możnego rycerza polskiego. Ojciec Spytka wierny przyjaciel króla Władysława Łokietka, nie odstępował pana swego w najcięższych chwilach tułaczki i niedoli, czem serce jego na zawsze zjednał sobie. Gdy wreszcie Łokietek do Polski znów powrócił, młodziuchny Spytek natychmiast na dwór jego oddanym został, by zawczasu uczył się cnót rycerskich i służenia Ojczyźnie i współbraciom.
Młody rycerzyk przywiązał się serdecznie do dzielnego i rycerskiego króla, pod którego wodzą bojów używał do syta. W rzadkich, wolnych od wojny chwilach łowami się zabawiał, a zapalczywym będąc, z równą zapamiętałością ścigał niedźwiedzie lub łosie, jak Krzyżaka lub innego wroga. Deresław, stary druh i sługa, towarzyszył Spytkowi we wszystkich wyprawach wojennych, myśliwskich, czuwając jak ojciec nad burzliwym wychowankiem i hamując krewkość jego młodzieńczą.
Chwilę już długą jechali myśliwcy obaj za tropem zwierza, nie znaleźli go jednak dotąd. Puszcza tymczasem coraz dzikszą, coraz bardziej niezdobytą się zdawała: grzązka ziemia zapadała się pod kopytami koni, zalewając je mętną bagnistą wodą, splątane gałęzie i krzewy zatrzymywały myśliwych, gnijące rośliny i olbrzymie grzyby jadowite napełniały powietrze zaduchem nieznośnym - im dalej w puszczę, tym cięższą i niebezpieczną droga się stawała. Stary Deresław co chwila do powrotu wzywał, ale Spytek ani słuchał go, rwąc się naprzód o ile tylko mógł pośpieszyć.
Godziny mijały. Jasny krąg słoneczny zniżał się szybko, wreszcie krwawa łuna zachodu oblała pnie leśnych olbrzymów, a jednocześnie Deresław szybko zrównał się ze Spytkiem i rumaka jego za cugle pochwycił. - Wasza miłość - rzekł stanowczo - dalej nie pojedziemy, noc nadchodzi
- Daj spokój stary ! - oburzył się młodzik. - Trop coraz świeższy - zwierz tuż, tuż być musi ! Nie spocznę, póki go nie odnajdę !
- Zastanówcie się, bagniska tu srogie, po nocy o nieszczęście nie trudno !
- Więc cóż ? Myślisz, że stchorzę ?! - wybuchnął Spytek.
- Nie to - odparł z dziwną powagą Dersław. Jeno pomnijcie, że życie wasze należy do ziemi tej naszej, rodzonej - nie przystoi rycerzowi narażać go dla płochej igraszki !
Spytek pokonany nie opierał się dłużej i udał się posłusznie za starym druhem. Wspinali się po łagodnej pochyłości - snać wzgórek jakowyś był przed nim - droga też była coraz suchsza, a miast olch i sośniny, wykłych na moczarach, spotkali buki i dęby - królestwo leśnych olbrzymów zaczynało się tu.
Noc już była głęboka, gdy stanęli wreszcie na szczycie wzgórza i zeskoczyli ze zmęczonych, potem okrytych rumaków. Dersław skrzesał ognia, a że gałęzi suchych nie brakło, wnet płomień wysoki strzelał ku niebu. Przy blasku jego ujrzeli myśliwi, że siedzą na szerokim, okrągłym szczycie wzgórza, na środku którego wznosił się dąb niesłychanej wielkości. Spytek z ciekawością spoglądał na korony olbrzyma, ciemne, chropawe, potężne i nagle okrzyk głośny wyrwał się z jego piersi.
- Co tam? - spytał z niepokojem stary.
Spytek w milczeniu ręką wskazał w zagłębieniu pnia, ujęty w ramy konarów splątanych, wysoko nad ziemią, bielał niezgrabnie z kamienia wyciosany posąg bóstwa starego, słowiańskiego. Grube nieforemne rysy, w błyskach ognia miały wyraz groźny i ponury, a oczy bóstwa z błyszczących kamieni, ogromne, okrągłe, świeciły złowrogim, czerwony blaskiem, przykuwając do siebie wzrok twarzy myśliwców. Dersław pierwszy oprzytomniał i splunął, by odczynić uroki - możliwe.
- Perun ! - szepnął, żegnając się z trwogą zabobonną.
- Skąd on się tu wziął ? - pytał młody.
- Ho, ho ! Niejedną on setkę lat stoi już tu ! Pewno Mieszka pierwszego czasy pamięta ! Gdy bałwany walono, ten w borze ukryty, ostał się pewno - z czasem ludzie zapomnieli o nim i ot, stoi ! Chram odwieczny tu być musiał. Widzicie ? Oto kamień ofiary, tam pod dębem i szczątki kości bieleją !...
Poczęli śmielej rozglądać się po otoczeniu, gwarząc z cicha - już i sam posąg coraz mniej groźnym im się zdał - wreszcie Spytek, przeciągnąwszy się, aż kości zatrzeszczały, ziewnął i rzekł:
- Rób co chcesz, stary - ja spać idę !
- By jeno złe jakoweś nie przyplątało się ! - zauważył Deresław, patrząc nieufnie w kierunku dębu.

Spytek ramionami ruszył.
- Co znowu ! Przecie chrześcijanie jesteśmy i krzyżyki poświęcone też mamy na szyi - zaśby złe przystęp do nas miało !
Spętawszy więc konie , jako że śladu dzikich nie było nigdzie, puścili je na paszę, a podsyciwszy ogień, owinęli się w opończę i niebawem usnęli głęboko.
Dzień już był srogi, gdy przetarli oczy ze snu. Obudziło ich psów szczekanie i rogów odgłosy; to czeladź, niespokojna o młodego pana ruszyła śladem jego. Dersław też w róg uderzył i niebawem drużyna cała dopadła pagórka, witając radośnie Spytka, który stał jak oczarowany, z oczyma utkwionymi w krajobraz, roztaczający się przed nim.
- Spójrzcie ! - rzekł z zachwytem.
Widok istotnie był piękny niezwykle. Stali na szczycie sporego wzgórza, okolonego zdala ciemną ścianą boru.Wzgórze owo było całe pokryte, jako śniegiem, zaroślami kwitnącej tarniny, a wśród niej, ponad murawą kwieciem przetykaną roje motylów barwistych migały cicho, wonią słodką dyszały kwiaty i rosa błyszczała jak dyamenty. Dunajec szerokim półkolem otaczał wzgórze ono, błyszczące złote w promieniach rannego słońca. Spytek patrzył i oczu oderwać nie mógł.
- Hej ! Żeby tak dworzec tu mieć ! - wykrzyknął nagle.
- Czemu nie ! - zauważył raźno jeden z drużyny. - Tędy nawet niegdyś przechód miał być dla osad ludzkich. Spójrzcie jeno, panie, jaka tam puszcza młoda i nie tak zbita w głąb idzie - tam niegdyś droga być musiała przerąbana przez ludzi, do chramu chodzących. - jako żywo ! - przyświadczyli inni.
A Spytek już palił się cały by zamiar swój co rychlej w czyn wprowadzić.
- Hej chłopcy - zakrzyknął z ogniem. Toż to uciecha będzie, tak w środku puszczy mieszkać !
- Niewiedzieć co ! - obruszył się Dersław. - Na pogańskim uroczysku siedzibę zakładać chcecie ! Tfu ! Toć to szaleństwo czyste !
Wtem z czeladzi jeden w bok podskoczył i dłonie do oczu przyłożył, śledząc coś w dali.

- Patrzcie ino, po wodzie coś płynie ... Dom jakowyś, czy co ?
Wszyscy wzrok wytężyli; istotnie na jasnej, gładkiej toni Dunajca majaczył w dali ciemny przedmiot jakiś; przedmiot ów zbliżał się zwolna, rysując się coraz wyraźniej w jasnem tle majowego poranku - można już było rozróżnić ciemny, drewniany zrąb i dach poczerniały, z wieżyczką, zakończoną krzyżem błyszczącym ... Patrzący oddech wstrzymali, ze zdumienia śledząc dziwne to zjawisko.
- Na Boga! - rzekł wreszcie Spytek cichym głosem. - Toż kościół jest !!...
Cisza znów nastała. Ów Dom Boży, ubożuchny, poczerniały od starości, chwiejący się jak łódka na jasnym wód zwierciadle, dziwnie przejmujące czynił wrażenie. Wszystkie serca tłukły się w piersi, poruszone niepojętym uczuciem ...
Kościółek tymczasem zrównał się z pagórkiem, zatrzymał się nagle, jakby ręką niewidzialną kierowany - potem okręcił się na fali i wpłynąwszy zwolna do małej zatoczki u stóp wzgórza, ocienioną giętkimi pędami wikliny, pozostał już tam bez ruchu u brzegu. A Spytek jak szalony zbiegł ku niemu i cisnąwszy kołpak o ziemię, u progu kościółka na klęczki runął.
- To cud! - krzyknął z uniesieniem. To znak Boży, świadczący, iż na tym miejscu, kędy pogańskie bożki czczono, prawdziwego Boga cześć zabrzmieć powinna.
Tu ręce ku niebu wyciągnął.
- Ślubuję Ci, Panie - zawołał wzruszonym głosem - jako w miejscu kędy fałszywe bóstwo przybytek miało, Twój ołtarz stanie i Ofiara Przenajświętsza po wiek wieków odprawiać się będzie ! ... Tu gniazdo swe rodowe założę, a jakoś strzegł na toni wodnej tego przybytku swego, tak i ród mój Opieką Swą świętą osłaniaj wśród burzliwych fal żywota - a jać przyrzekłem służyć duszą i sercem ziemi tej, którą mi za Ojczyznę dałeś i Ciebie wielbić do ostatniego tchu ! ... Tak mi dopomóż Boże!...
- Amen ! - zabrzmiały wokół głosy, przejęte drżącym wzruszeniem ...

Dotrzymał przysięgi rycerz młody. Na wzgórzu niebawem dworzec się rozsiadł warowny, u stóp jego tuliła się osada ludna i gwarna - a z pośród konarów odwiecznego dębu, strzelała ku niebu wieżyczka kościoła. Od kwiecia tarniny zaś, tak cudnie wzgórek ów zdobiącego, osadę całą z warownią wraz "Tarnowem" nazwano, a ród Spytka "Tarnowskich" nazwę otrzymał, jako że na wzgórzu onem gniazdo swe rodowe mieli.
Wszelkie prawa zastrzeżone dla Muzeum Okręgowego w Tarnowie

Strona zbiera informacje o ciasteczkach (cookies) na potrzeby analizy odwiedzalności serwisu. Korzystając z serwisu zgadzasz się na to. Obsługę ciasteczek możesz wyłączyć w opcjach swojej przeglądarki.