Szukaj artykułów autora:

Kolorowe Zalipie

Anna Bartosz, Adam Bartosz

Powiśle Dąbrowskie – to region, który dopiero po bliższym poznaniu ukazać potrafi swe walory krajobrazowe, kulturowe, historyczne. Tutaj niewielkie połacie pól dzielą porośnięte krzakami rowy, miedze lub ścieżki obdarowane przez przyrodę kępami olch, czy rzędami wierzb. Niedostatek lasu zastępuje tu mnogość wilgotnych zagajników.
    Szczególnie urokliwe są te strony wiosną, kiedy w licznych stawach przeglądają się, ogołocone z gałęzi, łby wierzb, gdy bociany zaczynają łatać zeszłoroczne gniazda, a młodą zieleń traw barwią pierwsze stokrotki, modre niezapominajki i jaskrawożółte kaczeńce.
    Ma swój specyficzny urok wędrówka po tej ziemi, gdzie spotykane po drodze zagrody, kapliczki czy ludzie pracujący w polu, wyłaniają się niekiedy zza ściany zbóż czy rzędu wierzb – zupełnie niespodziewanie.
    Próżno w tym terenie szukać wiekowych i cennych zabytków. Poza kilkoma, ocalałymi z wojen kościołami, dworami i resztką zamku dąbrowskiego – nie ma tu dużej wartości obiektów. Jest za to bogactwo w postaci dość jeszcze licznych pozostałości tradycyjnej ludowej architektury. A, że do tych klejnotów architektury polskiej posiadacze niezbyt chętnie się przyznają, los ich przypieczętowany bywa betonem. Ostatni to już czas, by bodaj nasycić się ich widokiem, zachować pod powieką ich kształt na czas, gdy błyszczący od lusterek tynk “amerykańskich” kamienic oślepią nasze oczy, a wymyślne betonowe ogrodzenia, odgrodzą przechodnia od mieszkania.
    A przecież w niektórych wsiach jeszcze ćwierć wieku temu stały całe ulice chat zwróconych stroną frontową ku słońcu w godzinie południowej. Jasno bielone ściany odcinały się od ciemniejszej połaci słomianego dachu. Obok stała stodoła o ścianach plecionych z wikliny i takiż wiklinowy płot. Dziś wstyd tak mieszkać. Stoją więc, te nieliczne ozdoby krajobrazu, samotnie. Z dala widać, że żyją tu ostatni lokatorzy starej chaty – równie starzy i zmęczeni ludzie. Trzeba tam zajrzeć, pozdrowić gospodarzy, przekroczyć próg, nad którym zawisły gałązki palmowe, ułożone w kształt krzyżyka, wianek ze święconych na oktawę Bożego Ciała ziół, a obok krzyżyk drugi – sadzą gromnicy malowany, i jeszcze kredą święconą litery wypisane - K+M+B. Ileż w tym domu rzeczy już nieznanych – od klamki kutej przez wsiowego kowala i drewnianych zawiasów począwszy. A potem szeroka sień, z której w prawo do izby paradnej, a w lewo do codziennej, z rozłożystym piecem, się wchodzi. W izbie zaś wyszczerbione deski podłogi, a obok pieca stolik i ława, a w kącie łóżko. Nad nim, okopcone, wysoko pod powałą, zakurzone twarze świętych, spoglądające z góry szeregiem. Trwać tu będą, dopóki trwać będzie drewniana chata. Nikt ich nie przeniesie do murowanicy, wedle zwyczaju strawi je ogień. Chyba, że zbłąkany etnograf oczyści je z kurzu i ułoży na półce muzealnego magazynu.
    Jedna wioska w tym regionie wyróżnia się swą sławą. To ZALIPIE. Wieś opisywana w setkach artykułów, wzmianek, pokazywana w telewizji. Zalipie – to hasło dla etnografów, dziennikarzy, regionalistów.
    Zalipie – to także legenda. Zalipie – to też przejaw swoistego, dziennikarskiego zafałszowania, wyrosłego z tejże legendy.
    Skąd się ta legenda wzięła? Ile w niej prawdy? Dlaczego potrafi być nieprawdziwa? A może sama prawda? Czym dziś jest Zalipie, i czy warto tu zajrzeć?
    Posłuchajmy!
    Na początku naszego wieku żyło się na Powiślu bardzo biednie. Dość marna ziemia, drobne gospodarstwa, liczne rodziny – to wszystko powodowało, że na gwałt szukano pracy poza wsią.
    Wcześnie tu odkryto drogę za ocean, do Ameryki. Jechali tam jednak nieliczni, najbardziej zdesperowani, energiczni – ale też i nie najubożsi – taki wyjazd wymagał wszak pokaźnych inwestycji. Inni próbowali szczęścia w mieście.
    Jeden z takich młodych chłopaków z Zalipia trafił do Krakowa, gdzie udało mu się uzyskać pracę w charakterze służącego u rodziny urzędniczej. Rodzinną wioskę odwiedzał, wędrując do niej zapewne pieszo. Któregoś razu przyniósł ze sobą makatkę namalowaną na kawałku papieru, darowaną mu przez matkę, siostrę, a może przez dziewczynę? Przybił ją gwoździkami nad łóżkiem, by mu ten kąt stał się milszym i o domu rodzinnym przypominał.
    Jego gospodarz, Władysław Hickel był człowiekiem wyczulonym na to wszystko co ze wsi pochodziło, co z ludu wyrastało, a było piękne. Wszak były to lata szczególnego zainteresowania kulturą ludu, eksponowania folkloru, bratania się ze wsią. Był rok 1905, za kilka lat powstać miało “Wesele” – dzieło, które stało się niebawem narodowym dramatem, symbolem, uniwersalnym tworzywem

literackim. Toteż mieszczuch Hickel, uderzony barwami chłopskiej makatki zapragnął poznać źródło tej twórczości, rodzinną wieś chłopaka.
    Powędrował na Powiśle Dąbrowskie, zajrzał do kilku chat w Zalipiu i w okolicznych wioskach, a powrócił do miasta z naręczem malowanych makatek i spostrzeżeniami, które opisał w ukazującym się od 10 lat piśmie ludoznawczym, zatytułowanym “Lud” właśnie. Stąd pochodzi pierwszy opis malowanek zalipiańskich, a najstarsza ich kolekcja, przechowywana w krakowskim Muzeum Etnograficznym jest tą właśnie, którą Hickel zebrał osobiście.
    Swoje spostrzeżenia Hickel potraktował jako odkrycie nieznanego dotąd ośrodka twórczości ludowej. Główne jego centra zlokalizował w Zalipiu i Borusowej. W tych wsiach, oraz w okolicznych, natknął się krakowski miłośnik kultury ludowej na domy, w których ściany zawieszone były barwnymi, papierowymi malowankami, w kredensach stały pomalowane w kwiatki talerze i kubki, a także i fragmenty ścian były zdobione kwiatami, malowanymi wprost na glinianym tynku.
    Późniejsze badania wykazały, że to zdobnictwo występowało w wielu innych wsiach jeszcze w okresie przed II wojną i zajmowało teren w widłach Wisły i Dunajca, po lewej jego stronie. Sięgało też i poza Wisłę. Powstało zaś niewiele wcześniej niż to zanotował Hickel. Mianowicie wiązało się z zanikiem dymnych wnętrz, co spowodowane było zaprowadzeniem nowoczesnych pieców kuchennych z blachą i odprowadzeniem dymu wprost do komina, poza izbę. Wcześniej zaś, w zadymionych izbach, na ciemnych, zakopconych ścianach, malowały kobiety od czasu do czasu, wapnem, jasne plamy – “pecki” – aby tę ciemną przestrzeń rozjaśnić. Kiedy zaś stało się możliwe, by ściany nie pokrywały się kopciem, owe jasne plamy rozbudowane zostały w proste motywy kwiatowe. Najpierw umieszczano je wokół pieca, ponad oknami, pod obrazami. Z czasem malowanki pokrywać zaczęły całe powierzchnie ogromnych pieców, ściany, powały – a w końcu z malarstwem wyszły kobiety na zewnątrz, malując zewnętrzne ściany domów, a później i budynki gospodarcze.
    Malarstwem tym ponownie zainteresowali się etnografowie w latach międzywojennych. W przygotowanej w krakowskim Muzeum Etnograficznym ekspozycji znalazła się izba, którą w 1939 r. malowały dwie malarki z Kłyża, wsi sąsiadującej z Zalipiem. W kwiatowe wzory pomalowana została też wówczas kaplica w seminarium duchownym w Tarnowie.
    Lata wojny i następne przyczyniły się do zanikania malarstwa. Jednocześnie zaś, po wojnie nastąpił okres wzmożonego zainteresowania sztuką ludową i jej eksponowania przy wszelkich oficjalnych okazjach. Dla podtrzymania twórczości malarskiej zainicjowano w 1948 r. konkursy, w których brały udział malujące kobiety z regionu. Pierwszy taki konkurs odbył się w Podlipiu a ocenie podlegały zarówno zgromadzone w miejscowej szkole prace malarskie na papierze, jak też 18 chałup, które oglądnęła komisja złożona z etnografów i plastyków.
    Konkursy takie organizowano odtąd co kilka lat, a od 1965 r. regularnie – co rok. Niewątpliwie zasługą konkursów było nie tylko zatrzymanie procesu zanikania tej twórczości, ale też niebywały jej rozkwit. Rywalizujące ze sobą dziewczęta i kobiety dążyły do odkrywania coraz to nowych motywów, doskonaliły technikę, wprowadzały nowe rozwiązania plastyczne. Centrum twórczości stało się Zalipie, gdzie tworzyła niezwykle utalentowana malarka Felicja Curyłowa (1904-1974). Jej niepospolita energia, umiejętność zjednywania sobie ludzi, sprawiły, że Zalipie stało się wsią powszechnie znaną a malarki z tej wsi trafiły na pierwsze strony gazet i zawędrowały na salony rządowe.
    Dziewczyny z Zalipia i wsi okolicznych malowały m.in. salę dziecięcą na statku “Batory”, lokale handlowe i reprezentacyjne w Warszawie i Krakowie, sale Uniwersytetu Ludowego w Wierzchosławicach (pow. tarnowski). W samym Zalipiu pomalowały w kwiaty przedszkole, szkołę, pocztę, świetlicę, kościół i plebanię. Malowane motywy znajdują się dziś na zalipiańskim cmentarzu.
    Do połowy lat 70-tych malarstwo owo rozwijało się niezwykle intensywnie pod względem formalnym. Zaznaczyć jednak należy, że ten rozwój ograniczał się wówczas praktycznie tylko do Zalipia. Stało się tak za przyczyną największego miejscowego autorytetu, jakim była Felicja Curyłowa, która jednocześnie starannie eksponowała jedynie własną wieś i krąg znajomych. Objeżdżające corocznie malowane chaty komisje prowadzone były przez nestorkę malarstwa do tych chat, które ona uważała za godne pokazania. W ten sposób ukształtował się powszechny obraz jednej malowanej wsi – Zalipia. Malowanych chat w tym regionie znano wówczas nieco ponad 20.
    Ponowne odkrycie malarstwa powiślańskiego nastąpiło po roku 1976. Wtedy to (Curyłowa nie żyła od 2 lat) organizatorzy konkursu na własną rękę spenetrowali teren, biorąc za punkt wyjścia dawne informacje o zdobnictwie domów w tym regionie. Okazało się wówczas, że zjawisko owo żyje także obok, niezależnie od zainteresowań etnografów i dziennikarzy. Że w wielu wsiach do niedawna malowano domy zgodnie z dawną tradycją, a w kilku wioskach zwyczaj ten trwa jeszcze w paru domach.

Że tworzą malarki, które znane były w pierwszym konkursie, a o których zapomniano.
    O selektywnym traktowaniu przez Curyłową potencjalnych uczestniczek konkursów świadczy fakt, że dopiero w 1985 r. zupełnie przypadkiem trafiliśmy do pięknie wewnątrz malowanej chaty, którą od domu Curyłowej dzieliło tylko jedno gospodarstwo. Mistrzyni uznała, że nie warto tej chaty ukazywać komisji, a skromna malarka nie miała śmiałości, by zaprosić do siebie szanowną komisję z Tarnowa. Tym większe więc było zaskoczenie i radość z odkrycia tej archaicznie malowanej chaty i poznania jej starej, utalentowanej właścicielki (Maria Muszyńska).
    Lata po 1976 roku przyniosły więc odkrycie kolejnych malarek, które tworzyły w kilkunastu wsiach regionu. Okazało się, że po kilka kobiet malowało nadal w takich wsiach, jak: Ćwików, Kłyż, Niwki, Podlipie, Samocice, Zapasternicze. Po jednej zaś malarce zanotowano wówczas w Bolesławiu, Borusowej, Kannie, Otfinowie, Pawłowie, Żabnie. Były to bądź już tylko pojedyncze malarki jakie ostały się z dawnych lat, bądź też kobiety, które z Zalipia czy okolicy pochodziły, a wydały się do odleglejszych wsi (Otfinów, Żabno) i tam kontynuowały tradycyjną twórczość.
    Następne dziesięciolecie, po tym ponownym odkryciu, było najbardziej spektakularnym w rozwoju tutejszego malarstwa. W Zalipiu i Samocicach malowały duże grupy dziewcząt szkolnych. W Zalipiu zresztą i w poprzednich latach szkoła przyczyniła się do kultywowania malarstwa wśród młodej generacji. Teraz zaś do konkursów z roku na rok zgłaszały się coraz to nowe malarki. Poczęły malować dziewczęta pochodzące z domów, w których nigdy przedtem nie było tradycji malarskich. Liczba uczestników konkursu sięgnęła ponad 70 osób, a malowanych domów w regionie można było się doliczyć ponad 50.
    Ten okres był szczególnie interesujący dla etnografów. Bowiem we wsiach, do których dotąd nie zaglądali zainteresowani z zewnątrz, zachowało się malarstwo w formie archaicznej, takiej jaką zastał przed ponad półwieczem Hickel. Zalipiańskie malarki, konkurujące ze sobą, doprowadziły twórczość do perfekcji technicznej, zastosowały najnowsze typy pędzli i barwników. Ich sąsiadki zaś nadal trwały przy technikach przejętych od babek.
    Pierwotnymi barwnikami, jakie wykorzystywały do malowania powiślańskie dziewczyny były wapno, glinka i sadza. Do brunatnej, miejscowej glinki dodawano nieco popiołu drzewnego, a sadzę, zanim użyto jej jako barwnika, zakopywano w ziemi, pod okapem domu. Padające deszcze rozmiękczały sadzę, czyniąc ją zdatniejszą do rozpuszczenia w wodzie. Spoiwem tych barwników bywała mąka kasztanowa, cukier, białko czy woda po odcedzeniu klusek. Te same spoiwa stosowano i potem, gdy do malowania poczęto używać kupowanych w sklepach barwników proszkowych.
    Takie, domowym sposobem przygotowane farby, rozprowadzano przy pomocy również własnoręcznie wykonanych pędzli. Do większych motywów służyły pędzle zrobione ze słomy prosianej, drobniejsze detale malowano pędzelkami wykonanymi z włosia z końskiego lub krowiego ogona. Używano też pędzelków zrobionych z brzozowego patyczka, zmiażdżonego młotkiem na końcu, lub postrzępionego tak zębami.
    Te tradycyjne techniki można było zaobserwować jeszcze w latach 80-tych w Samocicach, Podlipiu, Ćwikowie, Kłyżu. Tamtejsze malarki, wszystkie bardzo leciwe, malowały nadal na tynku glinianym, pokrytym wapnem. Używając pędzla ze słomy prosianej, wykonywały motyw uderzając pędzlem lub okręcając go wokół osi. Powstawał tym sposobem motyw kropkowy, składający się na całość wzoru.
    Tradycyjne malarki używały pełnych barw, nie mieszały barwników dla uzyskania kolorów pośrednich. Nie znały też cieniowania. Motywy przez nie wykonywane odznaczały się wyrazistością, czytelnością i sporymi rozmiarami.
    Współczesne malarki, malując na gładkim podłożu – w najgorszym wypadku na tynku, a bywa, że na drewnie, pilśni itp. materiale – używając delikatnych pędzli artystycznych, stosują zupełnie inną technikę. Malują tak jak maluje się obraz, a więc pociągnięciem pędzla. Używają też doskonałych farb, łatwoschnących, umożliwiających wykonywanie bardzo drobnych, subtelnych wzorów. Są to wszelkiego rodzaju farby temperowe i akrylowe.
    Pierwotne malarstwo przybierało formy geometryczne i proste formy kwiatowe. Z czasem rozwinęło się w motywy ptaków i innych zwierząt, aczkolwiek niewiele malarek pozostawało przy tych motywach. Pierwotny, geometryczny motyw stosowano przez dłuższy czas na zewnętrznych ścianach budynków. Dziś spotkać można ostatnią, tak malowaną stajnię, w Zalipiu (Monika Szlosek) obok Domu Kultury. Tyle, że sama właścicielka już nie jest zdolna do pracy, prosi więc pracownice Domu Malarek, by wedle jej wskazówek, ścianę corocznie przyozdabiały.
    Obserwatorzy malarstwa powiślańskiego poczuli niepokój o los tego zjawiska, kiedy to drewniane

domostwa poczęto burzyć i wznosić murowane, nowoczesne domy. Dotąd malarki miały bowiem do czynienia z tradycyjnym wnętrzem, którego centralne miejsce zajmował ogromny piec, swą bryłą wręcz prowokujący malarki. Bielone, niskie ściany, belkowany sufit, rzędy obrazów – cała architektura wnętrza narzucała rozmieszczenie motywów, do których układu kobiety tutejsze przywykły od młodości.
    Rychło jednak okazało się, że zdolne artystki doskonale wyczuwają możliwości jakie im stworzyło nowoczesne, większe, jasne wnętrze i gładko tynkowana ściana. Dowiodły tego najwcześniej bodaj Janina Lizakowa, Zofia Borek i Maria Chlastawa. Ośmieliły je zapewne wcześniejsze próby malowania w mieście, na zlecenie amatorów ich twórczości.
    Dziś malowane wnętrza nowoczesnych domów spotkać można znacznie częściej, niż pojedyncze już drewniane domy. Zwalone zostały też tradycyjne, rozłożyste piece. Nie wiadomo jak długo zachowa się w Strojcowie (Maria Zaród pochodząca z zalipiańskiego rodu Barańskich) jeden z ostatnich malowanych pieców, corocznie odnawiany na inny sposób. Bo ten w Niwkach, który traktowany był przez etnografów, jako najpiękniejszy nosi od jakiegoś czasu coraz bardziej płowiejące ślady malowideł. Jego właścicielka (Rozalia Trela) nie ma już sił, żeby sięgnąć po pędzel. A znana była przez lata jako najdoskonalsza artystka – jej malowany sufit, budził podziw. Pozostanie tylko zapewne, historyczny już piec, w zagrodzie F. Curyłowej, przez nią samą malowany, a ocalały dzięki temu, że cała zagroda stała się obiektem muzealnym.
     Dawniej malowaniem zajmowały się dziewczęta z ubogich rodzin. Malowały – niekiedy za przysłowiową miskę zupy – bogatym gospodarzom. Toteż nie dziw, że gdy w latach 70-tych spotkaliśmy starą kobietę, która w młodości malowała domy w kwiaty, ta odżegnywała się od malarstwa, twierdząc, że nie dałaby sobie nowego domu “pobabrać w kwiatki”, bo to wstyd. Dziś z kolei na taki “wybryk” pozwolić sobie może ktoś, kogo stać na to, lub też malują te dziewczyny i kobiety, dla których mieszkanie we wnętrzu pełnym kwiatów jest ogromną wewnętrzną potrzebą.
    Topografia malowanych zagród zmienia się. W niektórych domach zaczynają malować młode dziewczęta (np. pod wpływem szkoły), które po kilku latach wyjeżdżając do szkół w mieście porzucają tę twórczość. Inne – przenosząc się do innej wsi za małżonkiem – rozrzucają malarstwo poza dotąd znany zasięg (Maria Zaród z d. Barańska w Strojcowie). Bywa, że wchodząc do rodziny “malującej”, młode zięciowe podejmują umiejętność od teściowej (Dorota Szczygieł w Niwkach). Bartłomiej Ruta, jeden z dwu malujących mężczyzn, przeniósł się z Zalipia do Świebodzina. Niebawem w młodych sąsiadkach Bartka (4 siostry i matka Magierowe) rozkwitły talenty malarskie, dotąd nie odkryte. W Niwkach dojrzałe kobiety zainteresowały się malarstwem i od pierwszych prób znalazły się w czołówce najlepszych artystek (Zofia Janeczek, Maria Cygan, Janina Rusiecka).
    W nadaniu Zalipiu wizerunku naprawdę “malowanej wsi” ważną rolę pełni Dom Malarek im. Felicji Curyłowej, wzniesiony w 1978 r. Zatrudnione tu pracownice, same malarki, w ciągu kilku ostatnich lat zainspirowały do malowania kilka dziewcząt zamieszkałych m.in. przy głównych drogach wioski, a także zachęciły innych mieszkańców, by swoje domy zlecili ozdobić malującym kobietom. Malowidłami ozdobiono remizę, budynki parafialne, zabudowania zakonne, sklep. W efekcie, turysta wjeżdżający do wsi łatwo napotka malowane zagrody, nie czuje się tak zawiedziony, jak przed kilku laty, kiedy to malowanych zagród trzeba było szukać w plątaninie dróg wiejskich.
    Niejeden turysta, obejrzywszy kolorowy katalog, czy reportaż z Zalipia, wracał stąd rozczarowanym, z trudem trafiwszy do jakiejś malowanej zagrody. Cechą takiego reportażu jest bowiem swoisty fałsz, wynikający z nagromadzenia w skondensowanej formie znacznej ilości barwnej treści, która w naturze rozpościera się na rozległym obszarze – każdy obraz z dala od innego.
    Przyjeżdżając do Zalipia zobaczyć więc dziś można co najmniej kilkanaście szczególnie interesująco zdobionych domów i całych zagród. Malowane są wnętrza, a także zewnętrzne ściany domów, zwłaszcza wokół okien. Malowany jest poziomy pas podmurówki, czasem okolice drzwi. Spotyka się barwnie malowane stajnie, studnie, piwnice – w formie charakterystycznego, podłużnego kopca, z okienkami wentylacyjnymi i niskimi drzwiami, prowadzącymi w dół. Przed malowaną bajkowo zagrodą Stefanii Łączyńskiej stoi betonowa, malowana w kwiatki, kapliczka. Gdzie indziej zobaczyć można kolorowy kurnik, gołębnik, a i niejeden pies mieszka w kwiatki malowanej budzie.
    Pamiętać też należy, że malarstwo naścienne, to nie jedyna forma zdobnictwa wnętrz, jaka tu występuje. Obok malowanek na ścianie i na papierze występują tu barwne wycinanki. Używa się je jako ozdoby ścian, ale też jako firanki w oknach. Charakterystyczne dla tych terenów były też wycinanki zwane negatyw-pozytyw. Z barwnego papieru wycinano kształt (np. koguta), który naklejono na inne barwne podłoże z papieru. Pozostały, wycięty w papierze kształt, podklejony innym z kolei papierem, tworzył negatyw wyciętego kształtu (koguta).

    Rozwinięte jest tu też wszelkie zdobnictwo obrzędowe. Barwne pająki z bibuły, słomy, tkanin, kolorowe rózgi weselne z pierza i bibuły, palmy wielkanocne o wysokości do kilku metrów – zwyczaj nowszy, bukiety, wieńce dożynkowe.
    W starszym budownictwie dostrzec można pozostałości misternych ozdób ciesielskich, powszechnych w okresie międzywojennym. A pięknie kute krzyże nagrobne na miejscowych cmentarzach świadczą o artystycznym kunszcie wiejskich kowali. Dziś nie spotyka się już niestety ozdobnie kutych wozów, pyszniących się kilkanaście lat temu tradycyjnymi motywami wykonanymi przez kowali – artystów.
    Jako jeden z nielicznych regionów, Powiśle zachowało resztki tradycyjnego stroju kobiecego, zwłaszcza zaś charakterystyczne bluzki haftowane białym, czerwonym lub czerwono-czarnym haftem. Wspomnieć przy tym należy, że pierwotne motywy malarskie wyraźnie na dawnym hafcie były wzorowane, a najlepsze malarki były – i są – na ogół najlepszymi hafciarkami.
    W czasie większych świat, np. w procesji Bożego Ciała widzieć można dziewczęta w gorsetach szytych przez ich prababki, poprawianych, uzupełnianych, przechowywanych pieczołowicie. A ileż takich gorsetów w ciągu ostatnich dziesiątków lat popłynęło i poleciało za Ocean! Bo prawie każdy stąd ma rodzinę w Chicago. A każda emigrantka ma mieć dla córki czy wnuczki gorset, w którym poszczyci się w przed parafianami “na Jackowie”, czy gdzie indziej.
    Natomiast malarstwo, które tak region rozsławiło, stało się źródłem inspiracji dla zdobnictwa daleko odbiegającego od pierwotnego jego zastosowania. Tutejsze kobiety próbowały po kolei sił w zdobnictwie wszelkiego rodzaju ceramiki, od kafli łazienkowych po serwisy porcelanowe i gliniane garnuszki. Malują też szklanki i inne naczynia szklane, stosując odpowiednie, niezmywalne i nietoksyczne farby. Wykonują wzory na tkaninie (obrusy, fartuszki, serwetki), na drewnie (meble, skrzynie, półki), na tworzywach sztucznych (tace, naczynia). Tradycyjny wzór kwiatowy ze ściany zastosowały też do zdobienia jajek wielkanocnych, stwarzając swoistą tradycję.
    Należy podkreślić, że mimo na pozór bardzo podobnego wzornictwa, malarstwo każdej kobiety nosi cechy indywidualne. Tak więc, znając dobrze styl malowania poszczególnych osób, można ustalić autorkę malowidła, albo przynajmniej rodzinę, z której się wywodzi, bowiem styl malowania przekazywany tu bywa w obrębie rodziny.
    Poza malowanymi zagrodami należy odwiedzić miejscowy kościół. Ta banalna z zewnątrz budowla, wewnątrz ma niecodzienny wystrój. Zaprojektowane przez tarnowskiego malarza J. Szuszkiewicza (1912-1982) kompozycje, wykonały w 1966 r. malarki pod kierunkiem F. Curyłowej. W 199 malowidła zostały odnowione. Zalipianki są również autorkami haftowanych ornatów i innych szat liturgicznych, przechowywanych w zakrystii. Także stojąca przy kościele plebania ma malowane w kwiaty wnętrze, a nowoczesna remiza stojąca nieopodal pyszni się kwieciem wokół wizerunku św. Floriana, patrona strażaków. Przede wszystkim zaś należy zwiedzić zagrodę Felicji Curyłowej, która jest placówką muzealną, a także Dom Malarek, z ciekawym wnętrzem i ekspozycją wyrobów artstycznych Zalipianek.
    Od wielu lat organizacją dorocznych konkursów zwanych “Malowana Chata” zajmuje się tarnowskie Muzeum Etnograficzne. Komisja konkursowa odwiedza malowane zagrody w ciągu 2 dni weekendowych po święcie Bożego Ciała, a w niedzielę ogłasza się wyniki konkursu. Jest to wielkie święto w Zalipiu i najlepiej wówczas odwiedzić tę wieś.
    Poza Zalipiem, malowane domy ujrzeć dziś można także w sąsiednich wsiach, w Kuziu – 2 domy, w Niwkach – 4, Świebodzinie – 3, Samocicach i Gorzycach – po dwa i po jednym w Bolesławiu (przysiółek Kosierówka), Ćwikowie, Strojcowie, Kłyżu. Ponieważ dziewczyny dorastają, wychodzą za mąż do sąsiednich wsi, inne znowu rezygnują z malowania, starsze kobiety zaś wymierają i niewykluczone, że za czas jakiś objawią się nowe talenty we wsiach, gdzie dotąd malarstwo uważaliśmy za zanikłe.
    Korzystając z tego przewodnika, pamiętać należy, że malowane chaty nie są obiektami muzealnymi, ani wystawowymi. Że żyją tu i pracują – bardzo ciężko – ludzie, którzy choć życzliwi, nie w każdej chwili są przygotowani na powitanie – zwłaszcza większej grupy – zwiedzających. Że, odwiedzając malowane izby, wkracza się do cudzego domu, w którym może panować zwykły, codzienny, wiejski bałagan. Pamiętajmy o tym.

Wszelkie prawa zastrzeżone dla Muzeum Okręgowego w Tarnowie

Strona zbiera informacje o ciasteczkach (cookies) na potrzeby analizy odwiedzalności serwisu. Korzystając z serwisu zgadzasz się na to. Obsługę ciasteczek możesz wyłączyć w opcjach swojej przeglądarki.